Brownie z czerwonym winem

Generalnie tegoroczna zima jest jak związek z kiepskim partnerem: rozczarowująca i trochę bez sensu, przynajmniej w Krakowie. Śniegu tyle, co kot napłakał, ani większych mrozów, ani bajecznych zachodów słońca ze światłem, pełgającym po kopczykach białego puchu. No, dzisiaj jest już trochę lepiej, przynajmniej na razie.
I jakoś tak pośród tego całego rozczarowania poczułam, że potrzebne mi jest nie tyle pocieszenie, co po prostu jakieś głęboko satysfakcjonujące doświadczenie. Choć ostatnio czasu na gotowanie i pieczenie mam mniej (co wydaje mi się dziwne, bo po skończeniu studiów czasu wolnego teoretycznie powinno przybyć), to próbuję się nie poddawać. Mimo ogromnych trudności w zgraniu grafiku pracy z grafikiem gotowania i sesji zdjęciowych w ciągu tych dwóch godzin dziennie, kiedy światło jest zadowalające (bo o zjawiskowym nie ma co mówić aż do kwietnia [i, może, nowego mieszkania]), staram się wyprodukować z siebie coś każdego tygodnia.
Systematyczność była moją główną cechą, ale, jak się okazuje, tylko wtedy, gdy była wymuszona koniecznością wyższą. Od kilku lat jestem pewna, że mój totalny brak samodyscypliny jest tyleż nieodpowiedzialny, co zakrawa na zaawansowane skłonności autodestrukcyjne. Nic to jednak, albowiem co tydzień (przy okazji wolnego dnia, który spędzam w kawiarni z laptopem) obiecuję poprawę, pracę nad sobą i zniewalające efekty już niedługo („jużniedługo” stoi u mnie na tej samej mitycznej półce, co „kiedyś” i „zaraz”, więc zapewne domyślacie się skuteczności tychże zabiegów).
Ale przecież ja nie o tym.
Nie o moim kompletnym rozmemłaniu życiowym, ani nawet o moim życiu per se, ale o tym brownie.
Bo przecież po to tu jesteście, nie?

IS_DSC05477

Czytaj dalej

Reklamy

Bezowe gniazdka z migdałami

Trzeciego dnia nowego roku zazwyczaj gorączka już mija. Powoli godzę się ze świadomością, że książka „2017” została zamknięta i nie mogę już nic dopisać ani zmienić. Że kolejne 365 stron trafia na półkę mojego życia, gdzie zostanie aż do końca.
2017 był dla mnie dobry. Czuję, że w nim jest najwięcej wydarzeń, do których chętnie będę wracać w chwilach słabości.
Ale czas podsumowań minął. Wciąż jednak nie mam odpowiedzi na pytanie, które lubię ludziom zadawać w tym okresie noworocznym:
Z jakim nastawieniem wchodzę w ten rok?
Dobrze, że mam 365 dni, by znaleźć satysfakcjonującą odpowiedź.
A tymczasem coś prostego. Bo po świątecznym przepychu właśnie tego nam trzeba: dobrze wyważonego umiaru.

IS_DSC05367

Czytaj dalej

Krem z dyni z prażoną na czosnku zieloną soczewicą

Wrzesień minął mi nadspodziewanie szybko, poznaczony godzinami spędzonymi przed ekranem na kończeniu pracy magisterskiej. Kiedy teraz o tym pomyślę, to wszystkie dni składają się w jeden długi, jesienny dzień, o poranku lśniący lodowatą rosą, w południe prażący resztkami letniego słońca i o zachodzie czarującym jak rubinowy naszyjnik. Na dni owinięte kocem, na jesienną pluchę, na zimny wiatr… zupa w kolorze zachodzącego słońca. Kremowa dynia, chrupiąca soczewica i aromatyczny czosnek. Prawdziwe smaki jesieni.

IS_DSC05315

Czytaj dalej

Wegański mus czekoladowy i kokosanki z pieprzem cayenne

Jest coś ciepłego w jesieni. Mimo deszczu, który od dwóch dni niemal nieprzerwanie zalewa mi okna, mimo wiatru huczącego w nieszczelnych ramach, mimo chłodu, wdzierającego się pod kurtkę i do rękawów. Możliwość zakopania się w ciepłym kocu, założenie miękkiego swetra, który ogrzewa aż do samego serca i puchate skarpety, to dla mnie symbole jesieni. A kiedy siedzę przy oknie, owinięta w koc, z herbatą z miodem w moim ulubionym kubku, wtedy wiem, że jesień przyszła naprawdę.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że jesienią mam dużo mniejsze wyrzuty sumienia, nawet, kiedy zajadam się deserami. I chociaż obecnie przygotowuję swoje ulubione przepisy ze zdrowszych zamienników, to nie zamierzam rezygnować z doskonałego smaku.
Ciemna czekolada, nomen omen zawierająca mnóstwo wartości odżywczych, to chyba jeden z lepszych smaków jesieni. Doskonale pasuje do cynamonu, imbiru… a w lekkiej wersji także do kokosa i pieprzu kajeńskiego. Dziś w wersji wegańskiej i bezkompromisowo przepysznej.

IS_DSC05282

Przepis inspirowany poczynaniami chłopców z SortedFood.

Czytaj dalej

Ciasto Rafaello (bez pieczenia)

Lato.

Ależ upał… Może to dlatego, że nie przepadam generalnie za wysokimi temperaturami, ale stanie w kuchni (czy to przy kuchence, czy przy piekarniku) w takie dni, to dla mnie udręka. Mimo to, na ostatni obiad u rodziców M. zobowiązałam się do przygotowania deseru. Przerabiałam już tarty na zimno, serniki, desery owocowe… a ostatnio zorientowałam się, że brakuje tu jednego z moich pierwszych przepisów! Dobre 10 lat temu, kiedy zaczynałam przygodę z pieczeniem i gotowaniem, a jedynym przepisem, który znałam na pamięć było ciasto jogurtowe, przyjaciółka podzieliła się ze mną przepisem na „ciasto rafaello”. Kiedy pierwszy raz go spróbowałam, wiedziałam, że stanie się moim ulubieńcem.
Po pierwsze dlatego, że uwielbiam Rafaello. Po drugie: ciasto nie wymaga pieczenia. Po trzecie wreszcie: zawsze bardzo intrygowały mnie połączenia słodko-słone. Degustacja u rodziców M. przebiegła pomyślnie i (na moje szczęście) wszystkim smakowało. Więc po takim „beta-teście” mogę się z czystym sumieniem podzielić tym, nieco zmodyfikowanym przez ostatnie 10 lat, przepisem.

IS_DSC05238

Czytaj dalej

Tort szpinakowy

Uciekłam na wieś w środku tygodnia, zaskoczona jak nigdy, że TO już. Ale TO zaatakowało mnie już w mieście. Słońcem, wiatrem, który niósł ze sobą zapach świeżo skoszonej trawy i deszczem, który pozostawiał po sobie oblepiające mnie, słodkie powietrze.
Zaatakowało mnie lato, więc spakowałam torbę i przeniosłam się ze skromnych 40 metrów do domu rodziców, w którym mieszkają wszystkie najlepsze wspomnienia i zapachy dzieciństwa.
I tak codziennie przywoływałam jeden z nich. A to skoszoną trawą, a to rozgrzanymi w słońcu stronami książki. Grałam w piłkę, stałam w deszczu i oglądałam gwiazdy, jakbym znów była 10-letnią dziewczynką, która właśnie rozpoczęła wakacje.
Kojarzycie zapach słońca i wiatru, które osiadają na suszącym się na świeżym powietrzu praniu? Kiedy wysuszone niemal na wiór ubrania są tak ciepłe i miłe w dotyku, że pieszczota, zadawana skórze, usypia? To jeden z moich ulubionych zapachów i niezmiennie kojarzy mi się z dzieciństwem. Ale najbardziej pamiętam truskawki.
Za moim domem, w niewielkim ogródku, zawsze było dla nich miejsce. Przez lata rok w rok biegaliśmy z bratem w mokrej trawie, brudząc stopy świeżą ziemią i mocząc nogawki piżamek, żeby móc wyciągać spod liści jeszcze mokre od rosy czerwone, słodkie owoce. Lepsze od tego były tylko desery, kiedy mama dodawała do truskawek kwaśną śmietanę i cukier, który chrupał w zębach.
To ciasto jest właśnie wspomnieniem dzieciństwa. Słodkimi truskawkami, zielonym jak świeża trawa biszkoptem i białym jak prześcieradło schnące na słońcu kremem.

IS_DSC05198

Czytaj dalej

Bananowe pancakes

takie, że aż chce się jeść

Macie tak, że budzicie się z rana i zbiera Was ochota na epickie śniadanie? A potem idziecie zaspani do kuchni, grzebiecie po szafkach i lodówce, i okazuje się, że nie ma NIC. No nic.
Dobra. Jest jajko. Resztka mąki, trochę mleka. O, banan!
No i nie wiem, jak Wy, bo ja sobie generalnie kiepsko radzę z takim niedostatkiem, ale okazuje się, że różne rzeczy można zrobić nawet z niczego.
Więc oto są. 60% powietrza, 20% banana. Bananowe pancakes z miodem z przydomowej pasieki.

is_dsc05069
Czytaj dalej