Mój niezbędnik

Zostały 2 dni do kolejnego roku akademickiego. Jak zwykle dokonuję swoistej ewaluacji tego, co działo się do tej pory, głównie w czasie wakacji i przygotowuję się na to, co będzie.
Ostatni rok na studiach.
Przetrwałam 4 lata, głównie dzięki najbliższym mi osobom, ale też kilku podręcznym przedmiotom, które pozwoliły mi planować, zapisywać i kontrolować codzienne aktywności. Przez lata nauczyłam się zarządzać swoim czasem i planować dni tak, by wyciągać z nich jak najwięcej, a tracić jak najmniej. Dzisiejszy wpis będzie właśnie o tym, co uratowało mnie przed zapominalstwem, spóźnieniami i utratą rozumu.

is_dsc04913

Czytaj dalej

Precyzyjny plan to połowa sukcesu

Ten post będzie nie tylko czymś, co chcę Wam powiedzieć, ale też podsumowaniem tego, co dzieje się w mojej głowie. Jakoś o wiele łatwiej uporządkować myśli zapisane.

Ostatnio sporo się zastanawiałam nad tym, komu i po co ja właściwie piszę, gotuję, publikuję. Siedząc w Artetece (swoją drogą polecam miejscówkę na mapie Krakowa dla wszystkich, którzy potrzebują spokojnego miejsca na naukę lub relaks). Blogerzy lajfstajlowi prześcigają się w publikacjach, mówiących o tym, jak i po co blogować, jak korzystać z narzędzi analitycznych… ja się na tym kompletnie nie znam. Blog nigdy nie był dla mnie pracą, zawsze raczej dochodzącym hobby, które po jakimś czasie angażowało mnie za bardzo, bym mogła sobie pozwolić na kontynuację działań.

DSC00012 (2)

Czytaj dalej

Od nowa

Raz jeszcze zaczynam od nowa.


Od początku. Gotować uwielbiałam praktycznie od dziecka. Przed tym istniała tylko moja miłość do spożywania. Moim pierwszym popisem kulinarnym były polskie kotlety schabowe z tłuczonymi ziemniakami i były pas-kud-ne.

Mama nie pozwalała mi gotować w domu. Zawsze byłam „za mała”, „zbyt niezdrana” albo po prostu „zbyt”. Podczas wakacji u siostry mojej babci poproszono mnie o przygotowanie obiadu. Jako dumna ośmiolatka przyjęłam wyzwanie (słowem nie wspominając o braku doświadczenia).

Godzinę i trzy oparzenia później podaliśmy obiad. Wszystkim miny zrzedły, kiedy się okazało, że nie użyłam ani soli, ani pieprzu. Na szczęście kochali mnie na tyle, by z kamiennymi twarzami zjeść na wpół surową, na wpół spaloną wieprzowinę. Dopiero wieczorem przekonaliśmy się, jak źle to wpłynęło na nasze żołądki. Postanowiłam wtedy, że nauczę się gotować.

Miłość do gotowania została szybko odwzajemniona. Z roślinami, zwierzętami czy dziećmi nie radziłam sobie nigdy – ale składniki posiłków wydawały się słuchać i spełniać moje oczekiwania. Gotowałam bardzo instynktownie, po prostu, bez przepisów. Dopiero później zapragnęłam wiedzy.

Do dzisiaj posiadam kolekcję książek kucharskich prawie tak wielką jak fantasy. A część z nich to kuchnia fantasy! (tak, wiem)


Więc jestem. 15 lat od tragicznej w skutkach półsurowej świńskiej dupy. Zaczynam już ostatni raz. I kompletnie nie wiem, co robię.